Menu
» oaza
» kronika
» grupy
» animatorzy
» schola
» oazy letnie
» zdjęcia
» nasz kościół
» ruch oazowy
» święci
» modlitwy
» rok liturgiczny
» książka gości
» linki

Warto zobaczyć
Rekolekcje szkolne 2007   
Modlitwy do Ducha Świętego   
Pomogła mu Matka Boża z Gietrzwałdu

Radek był uczniem pierwszej klasy szkoły średniej, kiedy pojawiły się problemy z jego zdrowiem. Okazało się, że nogę chłopaka zaatakował rak. Po pewnym czasie nastąpiły przerzuty do płuc. Wszystko wskazywało na to, że chorą kończynę trzeba będzie amputować...

Radek brał chemię, był w bardzo ciężkim stanie. Dziś jest zdrowy, chodzi na własnych nogach. Jak sam mówi, zdrowie zawdzięcza Matce Bożej z Gietrzwałdu, za której wstawiennictwem modlił się on sam oraz jego bliscy.

Problemy ze zdrowiem Radka rozpoczęły się w czasie wakacji. Chłopiec coraz częściej czuł ból w nodze - Poszedłem do pierwszej klasy szkoły średniej. Pod koniec września zgłosiłem się do szpitala. Lekarze podejrzewali, że jest to nowotwór. Skierowali mnie do Warszawy do Instytutu Matki i Dziecka, gdzie potwierdzono pierwszą diagnozę - opowiada chłopak. Wtedy zrobiono badania, które wykazały, że Radek ma złośliwy nowotwór. - Był bardzo duży: 16 cm długości na 5 cm szerokości. Lekarze ustalili mi chemioterapię. Miałem przyjąć sześć cyklów przed zabiegiem operacyjnym. Po pierwszej chemioterapii miałem bardzo wysokie spadki, straszny krwotok - wspomina chłopiec i dodaje: - Lekarze podczas jednej z wizyt stwierdzili także przerzuty na płuca. To były małe ogniska, ale w czasie następnej wizyty były już większe, a potem był już guz na płucach wielkości około 1 cm. Strasznie się bałem. Zawaliło mi się całe życie. Miałem tyle planów, marzeń. Myślałem. że to wszystko już przepadło.

"To był mój debiut"

Po drugiej, bardzo okrutnej chemii Radek wrócił do Mławy. Kilka dni wcześniej jego starszy brat przybył do Stowarzyszenia Hospicjum w Mławie i zostawił zgłoszenie z prośbą o pomoc dla chorego chłopca. To był akurat Dzień Chorego. 11 lutego. - Czekaliśmy na powrót Radka przez kilka dni. W dniu, w którym wrócił, poszłam do niego. Kilka dni później zaczęły mu towarzyszyć tzw. spadki. Bardzo źle się czuł. Nie chcąc go wozić do Warszawy, próbowaliśmy mu załatwić miejsce na transfuzję krwi w mławskim szpitalu - opowiada pani Aniela.

Kiedy chłopiec leżał w szpitalu, na zmiany czuwały przy nim jego mama i pani Aniela. - Spędziłam z nim wieczór, kiedy był w bardzo ciężkim stanie. Większość tego czasu był nieprzytomny, miał krwawienia, to była walka o życie. Siedząc przy jego łóżku, zapytałam go w pewnej chwili, czy ma jakieś marzenie, a Radek odpowiedział słabym głosem, że marzy o cudzie. Po chwili powiedziałam, że cuda się zdarzają, dzieją się cały czas i zaczęłam mu opowiadać o Gietrzwałdzie. To był mój debiut mówienia o Matce Bożej, o tym, że jeśli medycyna nie daje rady, to zawsze jest Pan Bóg i trzeba uciekać się do Jego pomocy - wspomina była wolontariuszka z Gietrzwałdu. Jak sama podkreśla, Matka Boża z Gietrzwałdu oraz sama miejscowość są jej bardzo bliskie: - Tam jako wolontariuszka przez rok posługiwałam. Tam osobiście doznałam wielu łask i zawsze każdemu mówiłam o tym miejscu. Opowiedziałam też Radkowi. On był pierwszym pacjentem w naszym hospicjum - wyjaśnia pani Adamska. - W ten wieczór, kiedy siedziałam przy łóżku Radka, nie wiedziałam, czy on był przytomny, czy nie, ale mówiłam. I w pewnym momencie Radek szeroko otworzył oczy i zaczął się podnosić. Później oparł się na łokciu i zaczął mi zadawać pytania. Oboje wtopiliśmy się w temat tej rozmowy. W pewnym momencie spostrzegłam, że Radek siedzi na łóżku ze spuszczonymi nogami. To było takie szokujące. Dopiero gdy wrócim do domu, zaczęłam sobie odtwarzać w pamięci naszą rozmowę. Zauważyłam, jak Radek był wszystkiego ciekawy. Wyraził szczere pragnienie udania się do Gietrzwałdu.

Wtedy to chłopiec przestał krwawić, a w jego organizm wróciły siły. - Myślę, że uzdrowienie Radka nastąpiło właśnie w tych godzinach, kiedy mówiliśmy o Matce Bożej. Ja nigdy wcześniej nie widziałam w nikim takiego pragnienia, takiego żaru. Oboje byliśmy tym tak pochłonięci, że nikt nie liczył czasu. Nie widzieliśmy, że wpadało tylko trochę światła z dyżurki, że w pokoju panował półmrok - opowiada pani Adamska. - Po tej rozmowie wiedziałem jedno: chcę jechać do Matki Bożej do Gietrzwałdu - przypomina sobie chłopiec.

"Ja się boję"

Radek był w tak złym stanie, że prowadzący go lekarz załatwiał mu transport samolotem do Warszawy do Instytutu Matki i Dziecka. W tym samym czasie pani Adamska i jej podopieczny zaczęli usilnie myśleć o wizycie w Gietrzwałdzie. Wkrótce nastąpiła tak radykalna poprawa stanu zdrowia, że chłopiec pod opieką lekarza mógł jechać do Gietrzwałdu. - Pojechaliśmy w mroźny, zimny sobotni dzień. W Bazylice razem z Radkiem trwałam na różańcu i na Mszy św. Potem Radek razem z mamą udał się po wodę do źródełka - opowiada pani Adamska.

W poniedziałek chłopak był już w Warszawie, gdzie miała być przeprowadzona operacja amputacji nogi. Nikomu chyba nie trzeba mówić, co Radek wtedy czuł. - Pamiętam, jakie sms-y do mnie wysyłał. Chciał, abym była w klinice. Przed 4 rano wyjechałam z Mławy. Całą drogę spędziłam na modlitwie w intencji chłopca. Kiedy dotarłam do Warszawy, oddział jeszcze był zamknięty. Nie wpuszczono mnie. Wymieniałam z Radkiem sms-y i wyczuwałam u niego ogromny strach przed tym, co ma nastąpić. Przelewał swą samotność i obawę w te kilka słów wiadomości. Kiedy otwarto oddział, weszłam do pokoju, w którym był Radek, a on powiedział: "proszę pani, ja się boję!". Wtedy jego mama siadła przy nim z wodą z cudownego źródełka z Gietrzwałdu. Radek wypił ją, a wiadomo, że przed operacją nie wolno pić. Nie powiedzieliśmy o tym nikomu. Wszyscy byli pewni, że jest na czczo.

"Nie umiała tego opisać"

3 marca 2003 r. chłopiec został zabrany na blok operacyjny. Jego najbliżsi w tym czasie trwali w kaplicy na modlitwie. Kiedy czekali na Koronkę do Bożego Miłosierdzia, wezwano mamę Radka. Po chwili kobieta weszła do kaplicy i powiedziała, że Radek jest po operacji i że ma nogę. - Zapanowała kompletna cisza, nie wiedzieliśmy, co mama Radka do nas mówi. Po jakimś czasie weszłam z mamą chłopca do gabinetu pani ordynator, która prowadziła operację. Było widać, jak bardzo jest spięta. Emocje z sali operacyjnej jeszcze w niej trwały. Na nasz widok powiedziała, że to był strasznie trudny przypadek, że nie wie, jak udało się uratować nogę. Powiedziałam, że modliliśmy się o cud. Wtedy podniosła głowę i powiedziała: "Bo to był cud" - opowiada pani Adamska.

Później lekarze, którzy towarzyszyli pani ordynator, opowiadali, że operacja była niezwykle trudna. W czasie jej trwania zapadało wiele decyzji. - Przed operacją pani doktor powiedziała mi, że nogi nie da się uratować, gdyż guz jest bardzo rozległy. Była pewna, że trzeba ją amputować. Podczas zabiegu operacyjnego opadły jej siły, wyszła z sali operacyjnej. Już po operacji powiedziała, że coś ją natchnęło. Weszła, zaczęła operować, zobaczyła coś przed oczami. Nie umiała tego opisać. Po prostu to zoperowała. Wycięła tylko guza i kość strzałkową - opowiada Radek. - Komórki rakowe w płucach także znikły - dodaje chłopiec. - Radek potem opowiadał nam, że gdy odzyskał przytomność, od razu sprawdził ręką, czy ma nogę. Próbował ją poczuć. Oglądał. Miał dużo bandaży, ale widział, że noga sięga do końca łóżka - ze łzami w oczach mówi pani Aniela.

"To Ona mnie uratowała"

W tych trudnych dla chłopca chwilach wielu ludzi otaczało go modlitwą. - Wszystkie wiadomości, które otrzymywałam od Radka i innych osób, przesyłałam do Gietrzwałdu. Było to takie zamknięte koło. Radek był otoczony ustawiczną modlitwą - wspomina pani Aniela, dodając: - Kiedy wróciły mu siły, 20 marca wraz z najbliższymi pojechał na Mszę św. do Gietrzwałdu. Na początku Eucharystii, kiedy wszyscy wstali, my kroczyliśmy od głównych drzwi. Radek poszedł prosto do ołtarza i złożył bukiet róż u stóp Maryi. Ksiądz, który prowadził Mszę św., mówił o dokonanym cudzie. Dziś, gdy patrzę na Radka, widzę pięknego, przystojnego chłopaka. Jest on całą naszą radością. A sam Radek mówi: - Kiedy byłem chory, tylko w Maryi widziałem ratunek. Wiem, że to Ona mnie uratowała. Widziałem w klinice wiele osób, które miały amputowane nogi, niektóre umierały. Byłem trzy razy w Gietrzwałdzie i kiedy mogę, jeżdżę tam, aby dziękować za zdrowie. Jeszcze nie raz tam będę. Bez pomocy Maryi nie miałbym dziś nogi. Jestem o tym przekonany.



Inne uzdrowienie w Gietrzwałdzie
Nasz pobyt w Gietrzwałdzie
© 2005-2008, Oaza w parafii Matki Bożej Królowej Polski, Toruń.