Bernard z Wąbrzeźna urodził się w 1575 r. w Wąbrzeźnie jako jedno z ośmiorga dzieci Pawła Pęcherka i jego żony Doroty z d. Sasin. Jego rodzice, z pochodzenia mieszczanie cieszyli się dobrą sławą w swoim środowisku. Ojciec długie lata był kościelnym, a przez pewien czas pełnił urząd burmistrza. Przy chrzcie otrzymał imię Błażej. Podstawowe nauki pobierał w szkole parafialnej w Wąbrzeźnie. Był wtedy chłopcem pilnym i pobożnym.
W dwunastym roku życia został Błażej oddany na dalszą naukę do kolegium jezuickiego w Poznaniu. Za kierownika duchowego obrał sobie Błażej o. Wojciecha Tobolskiego, który poprzednio we Wiedniu był przez półtora roku nauczycielem św. Stanisława Kostki, a w Poznaniu uczył języka greckiego i hebrajskiego oraz teologii moralnej i dogmatycznej. Dwanaście lat nauki w kolegium poznańskim dało Błażejowi zarówno znaczną wiedzę, zarówno z poziomu dzisiejszej szkoły średniej (przecież zaczynał tam naukę w wieku zaledwie 12 lat), jak i studium filozofii i teologii.
Zdobył tam też, dzięki swojemu kierownikowi o. Wojciechowi solidną formację duchową i zarazem gruntowne urobienie charakteru i wyjątkową na swój wiek dojrzałość. Sam należał do grona ubogich studentów i często musiał żebrać na chleb, jednak często to co sam dostał, odstępował biedniejszym od siebie. Wyróżniał się wśród otoczenia ofiarną miłością bliźniego i żywym współczuciem dla chorych i ubogich. Jako charakterystyczna cecha jego duchowości uwydatnia się już w studenckich latach głęboka i żywa cześć dla krzyża i męki Zbawiciela. Stanowi ona ośrodek jego pobożności i jest podstawą stawiania sobie twardych wymagań oraz źródłem mocy w przezwyciężaniu wszelkich słabości.
W dwudziestym czwartym roku życia ukończywszy studia teologiczne wstępuje do nowicjatu u benedyktynów w Lubiniu. Myśl ta zrodziła się pewnie przez kontakty z zakonnikami z tego klasztoru, którzy także studiowali w Poznaniu. W czasie obłóczyn przyjął imię Bernard. W nowicjacie prowadził surowe życie ascetyczne. Pełen pokory pełnił funkcje furtiana, pomocnika w kuchni czy posługiwacza. Zachowywał surowe posty, a w nocy trwał na wielogodzinnych rozmyślaniach w kościele.
Jeszcze był diakonem, gdy został mianowany mistrzem nowicjatu w klasztorze lubińskim. Wkrótce po święceniach kapłańskich, które otrzymał w 1602 r., powołano go na ojca duchownego opactwa. Troszczył się z wielką gorliwością o dokładne zachowywanie reguły w całym klasztorze. Spełniał te obowiązki tak skrupulatnie, iż ściągał przez to na siebie niechęć ze strony mniej gorliwych zakonników. Nierzadko padały pod jego adresem słowa nieżyczliwe czy wręcz wrogie. Cierpiał, ale nie traciła pokoju wewnętrznego. Ze spokojem i równowagą ducha niósł ten niemały, codzienny krzyż.
Odznaczał się żywą czcią Najświętszego Sakramentu trwając w kościele mimo zimowych mrozów przez długie, radosne godziny na adoracji. Dziękczynienie po Mszy św. przeżywał z taką głębią uczuć, że nieraz konfratrzy dostrzegali obfite łzy wdzięczności, których nie zdążył ukryć. Spędzał często całe noce na czuwaniach i zawsze był pierwszy na wspólnych modlitwach. Bóg udzielił mu daru wysokiej kontemplacji. Był jednak także pierwszym tam, gdzie była jakaś przykra i ciężka praca, gotów do każdej posługi bliźnim.
Przy tak ofiarnym i intensywnym trybie życia, siły jego prędko zaczęły się wyczerpywać, wkrótce przyłączyła się jakaś poważna choroba, prawdopodobnie gruźlica. Bóg wezwał go do siebie drugiego czerwca 1603 roku w czasie oktawy Bożego Ciała, które tak gorącą czcią otaczał. Umierając mocno przyciskał krucyfiks do serca i tym wymownym gestem pożegnał się z tym światem.
Surowy sposób życia stał się przyczyną niebezpiecznej choroby i śmierci w dwudziestym dziewiątym roku życia. Zmarł 2 czerwca 1603 r., w poniedziałek w oktawie Bożego Ciała. Skonał trzymając w ręku krzyż i ufnie powierzając się w ręce Jezusa.
Natychmiast po jego zgonie przybywali do jego grobu liczni pobożni ludzie, świadkowie jego świątobliwego życia i wypraszali sobie za jego wstawiennictwem rozmaite łaski. Spis zeznań o otrzymanych laskach składanych przed komisjami ustanowionymi przez biskupów poznańskich zachował się tylko częściowo.
W naszych czasach nadal wierni wypraszają sobie łaski za jego wstawiennictwem. Starania o beatyfikację przerywane dwukrotnie przez wojny i niepokoje, trwają. Oby za łaską Bożą O. Bernard zaliczony do grona błogosławionych pociągał licznych wiernych do coraz gorliwszej czci Najświętszego Sakramentu i żywej ufności w moc Krzyża Chrystusowego!