W słoneczną sobotę, 8 kwietnia, dosyć liczna grupa (chociaż liczyłam, że będzie nas trochę więcej) naszej Oazy, wraz z Oaza Rodzin, małą grupką kleryków i zastępem harcerzy wybrała się na Drogę Krzyżową na Barbarkę. Był to zarazem Dzień wspólnoty Ruchu Światło-Życie z Torunia. Wszystko rozpoczęło się od kościoła św. Józefa. Drogę krzyżową prowadził ks. Wacław Dokurno, który przez cały czas niósł relikwie błogosławionego ks. Wincentego Frelichowskiego. Po kolei każda stacja była odniesiona do życia Błogosławionego z racji na okolice w której odbywała się droga krzyżowa - Fort VII to miejsce uwięzienia ks. Wincentego przez hitlerowców w 1939 r., a Barbarka to miejsce pamięci wszystkich rozstrzelanych tam Polaków.
Stacja I Jezus na śmierć skazany. Właśnie przy Forcie VII. W miejscu, w którym 11 września 1939 r. został uwięziony ks. Wincenty Frelichowski, gdyż uważano go za "podejrzanego" ze względu na jego wielki wpływ na młodzież. I właśnie tu, przy tej stacji poczułam, że i moja droga właśnie się zaczyna, że nie będzie łatwo. Ale gdy się ma intencje i gdy idzie się z Chrystusem idzie się łatwiej! Bo czego się nie robi dla Chrystusa i przyjaciół jak się ich kocha? Idziemy dalej, do kolejnych stacji śpiewając pieśni Wielkopostne. Niektórzy też odmawiali różaniec. Widzicie! Mówiłam z Chrystusem zawsze lżej!
Zatrzymajmy się przy stacji III - Pierwszym upadku Jezusa, pierwszych "torturach" ks. Frelichowskiego i moich pierwszych problemach. Jezus, ubiczowany, zmęczony, opluty wyśmiany. Nic dziwnego, ze upada pod ciężarem krzyża. Nie dość, że sam obolały, to my Go jeszcze dobijamy! Dobijamy Go każda naszą nieodpowiednią odzywką do rodziców, każdym złym czynem, każdą złą myślą. Co Jezus nam zrobił, że musi tak przez nas cierpieć?! Czym nas skrzywdził?! Ale Jezus jest silny! Wybacza nam i wstaje! Bo nas KOCHA! My w życiu też mamy problemy, też upadamy. Ale powiedzcie sami czy upadek Jezusa jest równy naszym upadkom? Czy dzisiejszy człowiek byłby na tyle silny, aby wziąć krzyż i pójść na drogę krzyżową? Skądże znowu. Nie wstałby już po pierwszym upadku. Ks. Frelichowski również miał swój "upadek". 10 stycznia 1940 r. został przewieziony do Stutthofu pod Gdańskiem. Tam nie raz był szykanowany, źle traktowany. Z pewnością było mu ciężko, ale znosił to dzielnie, poddał się woli Bożej! Tylko podziwiać takiego człowieka.
Po drodze coraz ciężej, liczne gałęzie, korzenie, nogi coraz bardziej bolą. Idzie się tylko załamać, zbuntować i powiedzieć, że dalej nie idę! Ale co to? Już lżej?! Ale jak to? A właśnie tak to, bo przed chwila odmówiłam dziesiątkę różańca, pomyślałam o mojej intencji i od razu miałam motywacje i więcej siły!!! I doszłam do VI stacji, gdzie Weronika ociera twarz Jezusowi. Chusta pełna miłości otarła twarz z kurzu, krwi i potu. Od razu lepiej, lepiej jak ma się świadomość, że jest obok Ciebie osoba gotowa Ci w każdej chwili pomoc, przytulić obetrzeć łzę. Taką osobę nazywamy przyjacielem! Przy tej stacji zrozumiałam, że przyjaciele są bardzo ważnymi osobami w moim życiu, że zawsze mogę na nich liczyć, że dla nich zrobiłabym wszystko! Tak jak dla Chrystusa! Kiedy są moi przyjaciele i Chrystus, niczego się nie boje. Kocham ich!!! Dzięki VI stacji już idzie nam się lżej. Mimo, że jeszcze długa, trudna droga przed nami, to nic nas nie zniechęci i nie zgasi tego uśmiechu na twarzy a to dla tego, że ta Droga,
ten trud poświęcamy Jezusowi. Naszemu najwierniejszemu przyjacielowi.
Zatrzymajmy się jeszcze przy stacji XII. Chyba najważniejszej. Śmierć Jezusa na krzyżu za nas, za nasze grzechy. Tak naprawdę to my Go ukrzyżowaliśmy... Czemu niektórzy aż tak potrafią nienawidzić drugiego człowieka? A inni są gotowi oddać życie z miłości? Właśnie tak jak Jezus! Przy tej stacji poczułam jakby Jezus dał mi druga szanse życia, że mogę zacząć wszystko od nowa, właśnie przez to, że On umarł za nas na krzyżu!!!! Podziękujmy mu teraz, zaczynając wszystko od nowa, tak by nasze życie było godne tej śmierci. W tym momencie kończy się też życie księdza Wincentego Frelichowskiego, kiedy to na przełomie 1944/1945 w obozie Dahau wybuchła epidemia tyfusu plamistego. Wszystkich chorych odizolowano, a ks. Wincenty był gotów w pełni im pomagać. Niestety sam po pewnym czasie zaraził się tyfusem, który w połączeniu z zapaleniem płuc 23 lutego 1945 roku doprowadził do śmierci. Współwięźniowie już od początku byli przekonani o jego świętości, dlatego przed spaleniem ciała zostały wyjęte mu z palca kostki,
które dzisiaj całujemy jako relikwie bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego. Na samym końcu naszej drogi krzyżowej na cmentarzu na Barbarce złapaliśmy się wszyscy za ręce i poczułam, że wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną, na której czele stoi sam BÓG.
Niech żałują Ci, co dotrzeć nie mogli, bądź nie chcieli, bo było naprawdę warto. Jedna ze stojących koło mnie osób powiedziała, że jest pod wrażeniem.