Kolejnego dnia ruszyliśmy do Czernej. Tym razem na własnych nogach.
Tych, co się wlekli z tyłu poganiał Marcin. Zgadnijcie czym.
Chwila zadumy pod kapliczką,
i różaniec w drodze.
Droga chwilami była błotnista,
aż nadto błotnista,
potem jeszcze były małe chaszcze.
i jakieś kłopoty na drodze,
także ładne polanki,
wrzos & wrzos,
zejście wąwozem,
a źródełko Eliasza dostarczyło wody do obmycia się z błota.
Takiej to dobrze, siostra doczyści :)