Najodważniejsi jechali ślizgiem, z głowami do przodu.
Modląca się do śniegu.
Taka duża (powiedzmy), a też w krzaki.
No tak, a potem trzeba podejść do góry.
Zjazd z obrotami.
Walczył aż do końca :)
Jechaliśmy aż na dół, w dolinę Wisły.
Niech Ksiądz mnie pociągnie do góry.
Czemu ja zawsze muszę wjechać w drzewo?
O, znalazły sobie jelenia (to znaczy Ewę).
No bo po co jechać na sankach, jak można przed nimi :)
Azorek ciągnie sanki.